Apeluję do Sejmu i do prezydenta, aby rok 2013 był rokiem Powstania Styczniowego z obchodami z prawdziwego zdarzenia. Naprawdę warto!

Redaktor Obywatelski

Rzadko występuję z apelami do władz. Dziennikarz jest od opisywania, nie od apelowania. Ale każdy z nas jest też obywatelem. Moje apele w sprawie historii w szkołach odniosły przynajmniej ograniczony skutek – obecność w programie drugiej lub trzeciej klasy liceum modułu „Ojczysty panteon, ojczyste spory”- pisze Piotr Zaremba na portalu wpolityce.pl 

Tym razem chodzi o świeży spór, jaki rozegrał się wczoraj w sejmowej komisji kultury. Posłowie PO i Ruchu Palikota w miejsce pomysłu aby rok 2013 był rokiem Powstania Styczniowego, zaczęli mnożyć inne pomysły. Trudno mieć coś przeciw upamiętnieniu Hipolita Cegielskiego  czy Witolda Lutosławskiego. Padł zresztą argument, że Powstanie upamiętnił już Senat. Ale mam poczucie, wszyscy je mamy, że tylko wielkie obchody 150 rocznicy tego ważnego zdarzenia, poparte przez wszystkie główne instytucje państwowe, z solidnym budżetem i sensownym programem będą miały właściwą rangę.

To nie jest ani sprawa partyjna, ani nawet ideologiczna, skoro o przypomnienie Polsce i światu 150 rocznicy Powstania apelują tacy ludzie jak Zdzisław Najder czy Jerzy Borejsza, z pewnością bliżsi liberałom niż prawicy, a poza naszymi granicami podobną decyzję podjął Sejm litewski, uznający to zdarzenie za element własnej, antyrosyjskiej, tradycji. Dlaczego więc posłowie z komisji kultury się opierają?

Może kierują się ostrożnością geopolityczną, hasłem: nie drażnić sąsiada. Jeśli tak, tym bardziej warto  apelować aby zmienili zdanie. W imię żywotności wolnościowej tradycji, która rodziła się w napięciu wobec rosyjskiej dominacji. Ale możliwe też, że biorą pod uwagę nową polityczną poprawność każącą próbować wyplenić naszą „insurekcyjność”.

Ma ona swoją wersję lewicową, tym bardziej paradoksalną, że to Powstanie miało bardzo demokratyczną, a po części i ludową, naturę. Ale Kazimierz Kutz zwalczał senacką uchwałę w imię walki z rzekomym cierpiętnictwem. Tak naprawdę nie o historyczne oceny tu chodziło, a o walkę z mitem Smoleńska, a szerzej o pochwałę pragmatyzmu, przystosowania, jako postawy pożądanej dziś, w dobie europejskiej integracji.

Ta walka z tradycjami powstańczymi ma też swoją wersję prawicową. Wiele osób na kanwie różnych debat przypomina sobie krytyczne opinie na temat powstań konserwatystów galicyjskich (stańczyków) czy endeków.

O powstaniach można i pewnie trzeba dyskutować godzinami. Ani historycy ani publicyści nie powiedzieli tu ostatniego słowa. W Powstaniu Styczniowym można widzieć tragiczny błąd polskich demokratów („czerwonych”), którzy zamiast korzystać ze swobód nadawanych w Królestwie Polskim przez liberalnego cara Aleksandra II, postanowili rozhuśtać atmosferę, tak że utraciliśmy owe swobody i naraziliśmy się jako naród na represje. Można też widzieć grę zachodnich mocarstw, które poprzez „białych” próbowały osłabiać Rosję cudzymi rękami.

Lecz zarazem aktywizm powstańców jednych i drugich był zachętą do brania sprawy w swojej ręce. Nawet późniejsze polemiczne wobec Powstania nurty – pozytywistyczny czy endecki – odnosiły się do tego zdarzenia wybierając grę ponad bierność i przystosowanie. Represje utwardzały polski opór, prawda że bierny, ale podtrzymujący wolę budowania własnego państwa.

Wreszcie zaś każdy, kto choćby zerknął na film (książki nikt już dziś nie czyta) „Nad Niemnem” wie, że było to najbardziej demokratyczne z polskich XIX-wiecznych wystąpień. Nie tylko zmusiło carski rząd do uwłaszczenia chłopów, ale wpływało później na bardziej równościową postawę polskiej inteligencji wywodzącej się przeważnie ze szlachty walczącej w Powstaniu.

Wreszcie zaś nawet gdyby te wszystkie argumenty podważyć, pamiętajmy: w okresie międzywojennym nieprzypadkowo Józef Piłsudski, wielbiciel tradycji powstańczej, ale przecież nie czułostkowy romantyk, uznał to zdarzenie za kamień węgielny polskiej niepodległości. Można było cenić własne państwo, gdy się doceniło samozaparcie ludzi, którzy wcześniej dążyli do jego wskrzeszenia. Polakom potrzebny był taki mit. Mit, w którym było skądinąd bardzo dużo najzwyklejszej prawdy. Także ludzkiej – ci staruszkowie dopuszczani w II RP do defilad i traktowani z czcią byli naprawdę godnymi szacunku i miłości narodu przykładami.

Dzisiaj tradycja powstańcza nie propaguje postaw straceńczych. Nie one są zagrożeniem, zagrożeniem jest przesadny pragmatyzm graniczący z cynizmem czy może narodowym nihilizmem. Respekt i sympatia dla dawnych powstańców to docenienie faktu, że liczy się coś więcej poza doraźnym interesem. Że naród polski konstytuuje się wokół przywiązania do wolności. Że był w przeszłości zdolny i do altruizmu narodowego (wolność dla innych narodów) i klasowego (hasło: ze szlachtą polską polski lud).

Naprawdę warto po to raz jeszcze sięgnąć. To ładna, cenna lekcja. Nie gubmy tego w powodzi cynicznych rachub i seminaryjnych spekulacji. Pokłońmy się powstańcom, skoro umieją to uczynić Litwini.

autor: Piotr Zaremba 

wpolityce.pl 

Polecamy naszą akcję obywatelską:

http://www.ngopole.pl/2012/09/23/akcja-obywatelska-szukamy-sladow-powstania-styczniowego/

http://www.facebook.com/NGO.Opole#!/events/199565820176411/

Komentarze są zamknięte