Polecam książkę „Koniec kresowego świata” prof. Anny Pawełczyńskiej

Niezależna Gazeta Obywatelska10

Ryszard SurmaczWszystkie książki prof. Anny Pawełczyńskiej należą do polskiego nurtu w powojennej literaturze polskiej. Ten nurt trzeba zlokalizować, opisać i skatalogować. Potrzebny jest on nam nie dla celów nacjonalistycznych, lecz kulturowych i edukacyjnych. (Niestety takie absurdalne zastrzeżenia zmuszeni jesteśmy coraz częściej składać).

Trzecie wydanie „Końca kresowego świata. Testament prababki. Na cztery wiatry” jest kroniką rodzinną opartą na relacjach, dokumentach i osobistych przeżyciach Autorki, która wprawdzie urodziła się i wychowała w Pruszkowie, ale poprzez relacje matki i częste wyjazdy, emocjonalnie, ale te z i racjonalnie, związała się z kresami wschodnimi. Trzeba podkreślić, że „emocjonalnie” nie oznacza tu bezkrytycznie. Pawełczyńska, już na samym sygnalizuje: „Dzięki […] matce otrzymałam w przekazie rodzinnym podolska przeszłość osadzoną we fragmentach historii, w której jej pokolenie uczestniczyło. Wzbogaciło to moje życie, zasięg wyobrażeń, odcienie uczuć, nurtujące myśli, sposób w jaki rozumiem współczesność. Ugruntowało to też głębokie przekonanie, że w naszych genialnych czasach, lecz groźnych dla osobowości człowieka, ratowana od pamięci przeszłość stanowi niezbędne oparcie dla przeszłości. Umożliwia ona człowiekowi udział w tworzeniu kultury, pozwalając na troskę o jej ciągłość i różnorodność, a osobowość czyni bogatszą i bardziej harmonijną” (s. 16). Korzenie rodziny ojca – Henryka pochodzą z Wielkopolski (Konin i okolice Kała). Bardzo to ciekawa zbitka kulturowa.

Koniec kresowego świata, to książka, której tytuł jest adekwatny do zapisanej treści. Zaczyna się od samych początków rewolucji bolszewickiej na ziemiach, które po traktacie ryskim (1921 r.) znalazły się poza granicami II RP, a kończy na Mazowszu, a więc w zupełnie innym świecie, w którym Pawełczyńskim i ich krewnym przyszło żyć po I i II wojnie. I od razu trzeba powiedzieć, że dla dzisiejszego młodego czytelnika (pokolenia), to świat podwójnie nieobecny, bo brutalnie odcięty przez PRL, i dziś znajduje się poza granicami kraju. Komunistyczny okres tak go zakłamał, opluł i wyszydził w proletariacki sposób, że znaczna część Polaków nawet nie bardzo wiedząc kiedy, wyraziła zgodę na amputację części własnego dorobku kulturowego. Więcej, na własnej cywilizacji (o szczegółach pisałem już wcześniej) pozwoliła sobie przykleić sowiecką etykietkę „pańska” i wyszła z nią w świat daleki. Polacy spoza kresów tę walutę przyjęli bez zastrzeżeń, najczęściej nie zdając sobie sprawy, że mają do czynienia z antypolską (antypańską) indoktrynacją. W taki oto sposób kresy stały się kodem, którego rozumie już tylko odchodzące pokolenie kresowian. Tylko ono rozumie co to znaczy niemożliwy do spełnienia testament ojca, dziadka, prababki i co za sobą kryje pojecie „na cztery wiatry”… Swojego czasu jadąc pociągiem przeprowadziłem bardzo ciekawą rozmowę z kresowianinem, który swoje młodzieńcze lata spędził w okolicach Lwowa, a po wojnie osiadł koło Zielonej Góry. Na koniec podróży stwierdził: – Ja swoich korzeni będą szukał nawet po śmierci.

Wspomnienia dotyczą losów następujących rodzin: Ruszczyców, Gdowskich, Dyakowskich, Czerkawskich, Czarkowskich i innych oraz dworów i wsi: Rosochy, Buhłaje, Budy Rososkie, Dyakowice, Czereszenka, Czahary, Derażnia itd. Ponadto książka jest tak bogata treściowo, a sam temat emocjonalny, że autor postanowił ograniczyć się do niej samej i skoncentrować się bardziej na cytatach niż opisie własnym. W ten sposób zyska sam artykuł i Autorka zostanie bardziej doceniona. Niech więc przemówią dokumenty i bezpośrednia relacja.

Czym były kresy?

prof_pawelczynska_-_fot_malgorzata_armo-gpW czasie zaboru ci Rosjanie, którzy przejęli polskie majątki „nie garnęli się do pracy na roli […], mieszkali zwykle w mieście. Żydzi zakładali lub brali w arendę wiejskie sklepiki i karczmy”. Ani jednych, ani drugich „nie interesowała uprawa ziemi. […] Na ziemiach Wołynia i Podola uprawiały ją dwa współżyjące z sobą blisko narody. W dworach i dworkach mieszkali Polacy, potomkowie dawnych wojowników, pielęgnując staropolską kresową tradycję. Wsie były przeważnie zamieszkałe przez Rusinów, ale często w chałupach gnieździła się zagrodowa polska szlachta i liczna rzesza osiadłych od dawna mazurskich chłopów. Zdarzało się też trochę Tatarów i Białorusinów.

Na Podolu nazwy wsi były zazwyczaj polskie. […] Nazwiska polskie na ogół urzędowo zruszczano. […] Mowa na wsi panowała przeważnie ukraińska. […] Dla mieszkańców dworu język ukraiński na równi z polskim był językiem codziennym. Polsko-ukraińską wieś, póki Wielka Rosja nie pojawiała się tylko po podatki, pobór do wojska lub w pościgu za zbiegiem, łączyło przeważnie życzliwe sąsiedzkie współżycie. Drzwi chałup i dworów stale były otwarte. [Również w nocy – R. S.] Ukraiński ani polski chłop nie ruszyli pańskiej własności. Szanowali też własność każdego sąsiada. Dla chłopa polski dziedzic był od wieków panem tej ziemi, a długie lata współżycia owocowały wspólną tradycją i obyczajem. […] Te wsie i dwory, mimo mieszczącej się w odległym mieście rosyjskiej władzy, stanowiły samodzielne królestwa, w których wiele spraw ustalano we własnym gronie” (s. 46-47).

„Prawdziwą stolicą polskości dla hreczkosiejów z Wołynia i Podola był Żytomierz. […] Tu najchętniej osiedlali się potomkowie okolicznej szlachty spragnieni życia towarzyskiego w polskim środowisku i możliwości kształcenia na dobrym poziomie dzieci. Żytomierzanie tracili czasem poczucie, że mieszkają w carskiej Rosji. Polskie rodziny odwiedzały się wzajemnie […] leczyły u polskich lekarzy, załatwiały interesy u polskich notariuszy […] i mogli wybierać wśród polskich adwokatów. Carska Rosja uwierała na co dzień tylko w szkołach i urzędach” (s. 68).

„Na szerokich rubieżach Polski stworzono wiele dobra. Trwa ono w drzewie, kamieniu i duszach ludzkich. […] Na tej rozległej ziemi od 1917 ginęły kościoły miasta, miasteczka wsie i dwory. […] Dopadała je wroga lub nieświadoma ręka. Z różnych stron nadciągały niszczycielskie hordy. Bywał to zachodni, zimny i chciwy, zorganizowany, starannie zapobiegliwy Kulturträger – najeźdźca, który nim zamordował ludzi i ludzkie siedziby, ocenił dokładnie wartość grabionych przedmiotów, pakował je pieczołowicie, a potem wyprawił w drogę nach Heimat, nach West, Bywał tu też upojony gorzałką i żądzą gwałcenia, wygłodniały, zziębnięty, udręczony nędzą, zdeprawowany niewolą i zbiorowym nieszczęściem wierny poddany rewolucji październikowej. Niewyobrażalnie groźny, lecz godny współczucia niszczyciel ze wschodu” (s. 37).

Wokół rewolucji październikowej

Koniec kresowego świata„Zanim wszystko zniszczyła rewolucja październikowa, dwór mógł zawsze liczyć na życzliwość wsi, a chłopi jak od dawnych czasów w każdej potrzebie zwracali się po pomoc do dworu. Nie tylko o pomoc, ale też o ciepłe współczucie, gdy się zdarzyło nieszczęście, choroba lub śmierć” ( s. 169).

W liście z 04.06.1917 r. czytamy: „Byłam w Derażni w dzień jarmarczny. Na samym środku jarmarku czterech Żydków z jakichś zakładów naukowych i trzy żydówki sprzedawały kniżki dla naroda po 5 kopiejek, a jeżeli ktoś brać nie chciał, to wtykali forsownie i po 2 kopiejki. […] Mowa tam była o ziemi, że to jedyne co potrzebne chłopowi; że chłopi byli dotąd wyzyskiwani przez panów – darmozjadów […] ale nastał czas, że to wszystko będzie wynagrodzone, ziemię pańska po równej części rozdzieli się pomiędzy chłopów…” (s. 236-237). Agitację prowadzili nie tylko Żydzi, rozlewała się zwłaszcza na zachodnim obszarze Rosji carskiej. Ale to, co działo się na wsi jeszcze nie „było podobne do żadnej rewolucji. Właściwie było tak jakby zaczęła się zmieniać różnica miedzy <wziąć> a <ukraść>. Dawniej brało się drzewo w dworskiego lasu, teraz młodzi chłopcy <brali> prosię pętające się koło dworskiego chlewa. Kobiety ani starsi tego jeszcze nie robili, ale niektórzy już udawali, że nie wiedzą skąd się wziął rosół na niedzielnym stole” (s. 237). „Wystarczyły dwa lata bolszewickiej rewolucji, aby na Podolu rozpadły się domy budowane tu przez parę setek lat” (s. 276).

Tradycje szlacheckie

„Na Podolu [i na całych kresach] pielęgnowane były cnoty rycerskie i stare rodzinne obyczaje, lecz z ojca na syna przekazywana jest pamięć historycznych wydarzeń i wspomnienie o protoplastach, którzy w tych wydarzeniach uczestniczyli. A także świadomość, że klejnot szlachecki ze szlachetnych czynów wziął początek i musi być w czyste ręce przekazany. Takie ręce, które nie zgarniają wszystkiego dla siebie i nie trwonią, lecz skłonne są spełniać obowiązek opieki wobec słabszych, uboższych, niewykształconych” (s. 194). „Stanowisko ani pieniądze nigdy nie były uważane za miarę, według której oceniono by wartość człowieka. […] O wartości człowieka decydowała jego niezależna, własna samoocena, która była wystarczająco surowa, aby mniej liczyć się z głosem lub naciskiem opinii. Ludziom tej warstwy społecznej obcy byli parweniusze przezywający rozterkę wyborów między pragnieniem wysokiej oceny przez społeczną elitę, a żywiołowym dążeniem, może nawet drapieżna chęcią, aby się wzbogacić, zdobyć wysokie stanowisko, karierę. […] Z dóbr materialnych liczyła się chyba tylko własność ziemska. Ale nie tylko ta aktualnie posiadana, również ta utracona. Ona nadawała jakąś magiczną siłę i odporności na przeciwności losu. Wspierała poczucie wolności i wewnętrzna swobodę. Nawet po [utracie ziemi – R. S], kiedy materialna podstawa przestała istnieć, pozostało poczucie wewnętrznej niezależności. Świadomość człowieka, że kiedyś już miał ziemię, dzięki której rodzina była niezależna finansowo, cieszyła się prestiżem i mogła szerokim gestem świadczyć na ogólnospołeczne cele – owocowała poczuciem swobody” (s. 353-354).

„Byliśmy dumni z tego, że przeszłość rodzinna sięga wielu pokoleń, które już dawno odeszły, i splata się z narodową historią. W tej dumie nie było nic z pychy nasyconej poczuciem wyższości i pogardą wobec innych. Przeciwnie, nawet była to duma ludzi pokornych, choć świadomych własnych wartości” (s. 406). „W tej rodzinnej dumie zawarta była świadomość, że uczestniczymy w dorobku narastającej przez wiele wieków kultury, a każdy, kto tylko może, dokłada do tego dorobku okruszynę, na jaką pozwalają mu siły, talent i wiedza […]. W miarę, jak rozwijał się człowiek, rosło w nim poczucie odpowiedzialności za losy, dobrobyt, wiedzę, kulturę i postawy moralne innych. […] Były to nasze ideały” (s. 407-410).

„Każda rodzina hodowała własne plany i marzenia, ale nie zdarzało się prawie, aby sens życia nadawało tylko dążenie do pomyślności małej – żyjącej w swoim ciasnym kręgu – wspólnoty. […] Nikt nie odmówił datku na cele patriotyczne, ale nie wszyscy – choć wielu – gotowi byli poświęcić lub narazić życie dla Ojczyzny. […] Prawie wszyscy pragnęli upowszechniać kulturę i oświatę wśród biednych i zaniedbanych warstw społeczeństwa” (s. 59). „Staroświeckim obyczajem nie ośmielili się mówić do siebie wprost po imieniu, Zamiast „daj” i „weź” zwracali się do siebie delikatnie: <Niech Kostuś weźmie>, <Może Ewelcia pozwoli>” (s. 110). „… młodzież i dzieci siadywały na twardych <taburetach> lub na krzesłach. Wstawały natychmiast z miejsca, gdy wchodził do pokoju ktoś starszy. Przyuczone były […] do okazywania każdemu należnego szacunku” (s. 147).

Kresowy dom/dwór

Prababkę Autorki ze strony matki – Elżbietę z Dyakowskich, primo voto Piasecką, secundo voto Drabowicz-Sławeńską znali wszyscy: od Kamieńca Podolskiego do Żytomierza, od Winnicy do Starego Konstantynowa i Płoskirowa, a także dalej, aż po sam Kijów i Besarabię. Pochowała dwóch mężów i dziewięcioro swoich dzieci. Zanim skończyła 45 lat została zupełnie sama. Nie chciała zamieszkać w żadnym z majątków swoich mężów, nie chciała też w swoim dworze posażnym – w Budach Rososkich. Kupiła sobie dwunastopokojowy dwór w Latyczowie i tam osiadła. Tam też prowadziła stołówkę, w której gotowano obiady dla kilkudziesięciu osób. Jako cel życia postawiła sobie opiekę nad bliższą i dalszą rodziną, a także nad samotnymi kobietami. Wspomagała pozbawione majątku rodziny, a także młodych patriotów, którzy dostali „wilczy bilet” oraz kościół, a także cerkiew, meczet i synagogę.

Stworzyła dom, do którego mógł zgłosić się każdy. Równie życzliwie był traktowany człowiek obcy i innej religii. Nigdy nie cofała się przed ludzką biedą i nieszczęściem. Szanowała prywatność każdego człowieka, ale była też wielka realistką, każdą sprawę chciała obejrzeć z kilku stron. Nie tolerowała jednak nigdy cienia chciwości, obłudy lub kłamstwa.

Gdy umarła wiosną 1917 r. „każdy żegnał ją według swoich stanowych i narodowych obyczajów […]. A więc jedni żegnali się krzyżem katolickim i klękali do modlitwy, inni z cerkiewnym znakiem krzyża bili przed trumną pokłony, Żydzi kiwali się mamrocząc swoje modlitwy, ukraińskie chłopki zawodziły głośne żale, a mahometanie już przed progiem domu zdejmowali obuwie” (s. 184). W testamencie obdzieliła każdego, nikt nie został z gołymi rękami i pustą kieszenią. Darowiznę otrzymały też „Kasy Wdów i Sierot, przytułek Schronienie dla Nauczycieli, szpital dziecięcy, kolonia dla dzieci, pogotowie ratunkowe…” itd.

„Planując swoją śmierć, pogrzeb i stypę, bardzo chciała, by zebrana razem rodzina poczuła swoją siłę moralną, wspólnotę tradycji, wzmocniła więzi wzajemnych obowiązków i sympatii. Takie były jej intencje, gdy zarządziła zjazd rodzinny na dzień swojego pogrzebu. […] Zmarła przekazała wzór rodzinnej solidarności” (s. 195). Niestety, wszystko to przekreśliła bolszewicka rewolucja.

Życie na nowo

Z kresów trzeba było uciekać. Z dawnego życia pozostało tylko tyle, ile można było przewieźć w kufrze, a więc najczęściej drobne przedmioty, które dopiero z czasem nabierały wartości. Pierwsi kresowianie po I wojnie mieli dokąd uciekać, Polska odzyskała bowiem niepodległy byt. Ale na nowym miejscu musieli przejść przez okres biedy. „Mieszkanie w Kościerzynie było bardzo ubogie, ale bogatsze od naszego Pruszkowie. Dziadek Konstanty, jak na owe czasy dość dobrze zarabiał. Stać ich było już na to, aby miejscowy stolarz zrobił łóżka, stół, szafę i krzesła. […] Stolarz chciał zrobić przyjemność i meble pomalował [..] na kolor gęsiej kupki. A innych mebli babcia nie miała już do końca życia” (s. 309). „Mieszkanko rodziców na ul. Klonowej 22 [w Pruszkowie – R. S.] składało się z małej kuchni i dwóch pokoików w amfiladzie. [..] Nie miało elektryczności. Z wygód był tylko zlew” (s. 314-315). Goście nocowali u sąsiadek. Jeśli zabrakło jedzenia „ w myśl ukutego wtedy powiedzenia: <Gość w dom, woda do rosołu>, gotowano więc cieńszą zupę i cieniej smarowano chleb smalcem lub marmoladą” (s. 317).

Gniazdem rodzinnym Pawełczyńskich, jak już wspomniano, był Konin i okolice Koła. Siostry Henryka Pawełczyńskiego, ojca Autorki „Końca kresowego świata”, pielęgnowały tradycje mieszczańskie i drugiej stronie trudno było znaleźć wspólna płaszczyznę myślenia. „A my, córki kochałyśmy oboje rodziców i czułyśmy się podzielone przywiązaniem” do obu stron rodzinnych. „Wieczorami Podole było silniejsze”. Kiedy matka pytała swoje córki o czym ma im na noc opowiedzieć, zgodnie odpowiadały, że o tym, jak było dawniej. „Żyłyśmy jakby w dwóch epokach historycznych. W XIX i na przełomie XIX i XX w. w rodzinie ziemiańskiej na Podolu. A także w rodzinie, która […] kiedyś wykorzeniona i zdeklasowana, stała się pruszkowską rodziną robotniczą, a później mieszczańską. Pruszków był realny, jako dom ojca. […] Mieszczańska część rodziny ojca miała wiele zalet i również wiele wad tego środowiska. Miałyśmy zatem różnorodne wyposażenie: tradycje podolskie, poznańskie i podwarszawskie. […] Pruszkowscy patrioci okresu międzywojennego większy akcent kładli na narodowa gospodarkę, podolscy – na kulturę narodową. Ale chociaż patriotyzm i poczucie odpowiedzialności społecznej było różnie wyrażane: przez pruszkowiaków w sposób pozytywistyczny i rzeczowy, przez kresowiaków z dużą dawka emocji, to w godzinach narodowej próby postawy były podobne. […] Wszyscy, niezależnie od miejsca pochodzenia, dla ocalenia z trudem odzyskanej niepodległości narażali swój majątek, zdrowie i życie” (s. 335-336).

Po wielu latach trudnych warunków Henryk Pawełczyński dostał dobrze płatną pracę w banku, i od tego czasu rodzinie zaczęło się powodzić całkiem nieźle. Matka – Zofia z Ruszczyców skończyła wyższą szkołę muzyczną i zaczęła dorabiać lekcjami gry na pianinie. Zarobki pozwoliły też na kupno nowego mieszkania.

Kolejne rozbicie

Lata II wojny przyniosły kolejne rozbicie. Autorka pisze, że dopiero w czasie niemieckiej okupacji poczuła, iż Pruszków stał się jej rodzinnym miastem. Podkreśla sąsiedzką więź, która pozwoliła stworzyć odpowiedni zespół ludzki tworzący jedną wspólnotę. Wzajemnie pomogła sobie przetrwać niemiecki terror. Ojciec Henryk poszedł na wojnę i trafił do niemieckiej niewoli, córka Anna (Autorka książki) członek AK została wywieziona do obozów. Gdy przeminęła żywiołowa radość powrotu i powitań „zaczęła się trudna rzeczywistość. Godziny prawdy niosły ciężkie odkrycia. W najbliższym rodzinnym gronie nie poznawaliśmy siebie. W jednym domu spotkały się dziwnie nie pasując do siebie osoby, odmienione przez różne doświadczenia życiowe. […] Kochaliśmy się, ale czekała nas długa droga żeby się na nowo odkryć i polubić” (s. 389). „Ja też nie byłam łatwym współmieszkańcem. Po latach stłoczenia w więzieniu i obozach koncentracyjnych szukałam samotności. Po latach borykania się z losem pragnęłam czułości, ale nie umiałam już jej ani przyjąć, ani odwzajemnić. […] Drażniło mnie wszystko. […] Ciągle byłam głodna i musiałam się hamować, żeby nie zjeść wszystkiego, co mama z trudem zdobyła dla rodziny” (s. 390).

Henryk Pawełczyński stracił pracę w 1947 r., potem pracował jako zwykły urzędnik. Nie narzekał, ale cierpiał, zanim się pogodził z tym, że nie potrafi nadać swoim działaniom sensu. „Przysłowiowym gwoździem do trumny stała się obca rodzina, która w naszym czteropokojowym mieszkaniu [kupionym jeszcze przed wojną] otrzymała nakaz kwaterunkowy na dwa pokoje z używalnością wspólnej kuchni” (s. 394).

Co pozostało?

Pozostał apel poległych. Obfita to lista. Ktoś, kto zdecyduje się przeczytać książkę, znajdzie ją bez trudu. Puentą niech będzie na stępujący fragment: „Stryj Antoni umarł w 1945 r. […] w domu w którym mieszkał przez 31 lat. Na tym domu w 1918 r. jego dzieci wywiesiły wymarzona w okresie zaborów polska flagę narodową. Kiedy umierał jeszcze wisiała na nim tabliczka: Hitlerstrasse 41. Nie doczekał czasów, kiedy to głównym ulicom polskich miast władze PRL kazały nadawać nazwy ulic lub alei Stalina.

„Requiem dla Ojczyzny”

Taki tytuł nosi ostatni rozdział książki. Na kilku stronach zawarta została ta mądrość kresowo-mazowiecka, którą zrodziła najpierw ucieczka przed bolszewikami, a potem konieczność życia w ich rzeczywistości. Jakże aktualna jest ona dziś. Przeczytajmy.

„W 1945 r. zaczęli rządzić ci, którzy nas nie dobili, ale napluli nam w duszę i sączą w nią śmiertelną truciznę. […] Gdy pozbawiono nas wszystkiego, mieliśmy jeszcze czas historii, który nadawał sens naszemu zbiorowemu życiu. Czas był nasz. Stanowił dotąd tę część dziedzictwa, którego wróg nie mógł odebrać. Istniała historia narodu i państwa, na której mogło się mocno wspierać poczucie naszej ludzkiej godności. Był to ostatni bastion wspólnej obrony. Na ten bastion uderzą zmasowane ataki wrogów, aby zawłaszczyć naszą historię. Współczesny ogłupiały świat boi się historii, boi się ciągłości kultury, boi się samodzielnie myślącego człowieka. Bezmyślnie lub świadomie dąży do tego, by wyzuć nas z czasu. Tego dobra, które stanowi podstawę kontynuacji” (s.406-407).

„Dziś czas się rozprysnął na okruchy chaotycznych, zatomizowanych zdarzeń […]. Mowa przestała być środkiem porozumienia między ludźmi. Stała się mętnym bełkotem propagandowych haseł. Slogany reklamowe zastępują ludzki rozum, motywując działania. Pokłady przewrotnego kłamstwa zamuliły ludzkie poznanie. Nienawiść naznaczyła ludzka osobowość, a relatywizm moralny podważył sens dążeń. […] Minął czas tworzenia. […] Ulegają rozkładowi warstwy czasu, w które kiedyś sumowała się ludzka twórczość, dążenia, działania i doświadczenia pokoleń. Skończyło się trwanie. W dzieje wtargnęła chwilowość, odbierająca sens ciągłości każdemu życiu i każdej kulturze. […] Zaczęło się rozpraszanie po świecie ludzkich stad bez punktu oparcia, bez nadziei na stałość i odpoczynek, w poszukiwaniu pastwiska, rykowiska, wodopoju. […] Perfidnie i skutecznie pogwałcono wolna wolę, czyniąc z niej nieświadomą ofiarę fizycznej lub mentalnej przemocy. Ośmieszono wiarę w dobro, zaprzeczono złu, odebrano busolę uczynkom i pragnieniom. […] Idzie nowe. Idzie zagłada ojczyzny. […] Dosyć jakiejś tam wojny obronnej, wyzwoleńczych powstań. Dosyć tych głupich śmierci, beznadziejnego umierania za kogoś, za coś, za nie wiadomo co. Dosyć zbędnych bohaterów i spróchniałych grobów. Dosyć ludzkich poświęceń dla dobra ludzkiej wspólnoty, dla innego człowieka, dla miłości, dla wiary, ojcowizny i ojczyzny, sprawiedliwości, prawdy, piękna. […] Nie ma naszego kraju. Jest tylko bezpłodna, z niczym niezwiązana chwila. […] Więcej luzu, więcej gazu, więcej czadu, więcej haju. Koniec czasu. Kontynuacji nie będzie” (s.410-411).

Można jeszcze dodać, że najpierw carska, a potem bolszewicka Rosja, swoje ostrze skierowała nie tylko przeciwko Polsce, lecz przeciwko polskiej własności prywatnej, a zwłaszcza niezależności ducha, która tam miała swoje korzenie. PRL, przez zabranie własności prywatnej zniszczył najpierw jej poczucie, jej wewnętrzny sens, potem niezależność ducha i myślenia posypała się sama.

Książka kończy się na stronie 411. pod datą 20.X.2000 r. W aneksie są zdjęcia przodków i dokumenty minionych czasów. Jeżeli mogę… polecam omówienie książki życia Pani Profesor pt. „Czas człowieka” zamieszczonej na WWW.wpolityce.pl/dzienniki/dziennik-ryszarda-surmacza/23409-o-czasie-czlowieka-

Autor: Ryszard Surmacz

Anna Pawełczyńska, „Koniec kresowego świata”, Wydawnictwo Polihymnia, Lublin 2012, Trzecie wydanie.

  1. Irena
    | ID: 222c18b3 | #1

    Bardzo ciekawy artykuł.Jak zwykle mojego ulubionego Autora.Temat Kresów to interesująca historia .Wiele niewiadomych scen,które za sprawą treści jw. przybliża i zachęca do czytania książek wskazując ich tytuły.Dzięki.Pozdrawiam.

  2. kajtek
    | ID: 8aca61bf | #2

    witaj jarząbku

  3. foxmann
    | ID: 3c3dcacd | #3

    piękne i sentymentalne te opisy. Rzeczywistość jednak była zupełnie inna. Władzy zarówno carskiej, jak i polskiej większość nienawidziła. Burdel był jeszcze większy niż teraz. Część Polaków, a także oficjalnie sanacja traktowała Rusinów z góry i się na tym później mocno przejechała. Opis opisem, ale obiektywne spojrzenie na historię nie równa się cukierkowym opisom rzeczywistości

  4. kajtek
    | ID: 8aca61bf | #4

    Kasuja jak Nie Polacy.

  5. | ID: 37a35284 | #5

    @foxmann
    No może tu trochę cukierków znaleźć można, ale artykuł jest o tragicznym losie tej grupy ludzi i kulturze, jaką wytworzyli na Kresach. To zupełnie inna kultura niż niemiecka. Zamiast szukać nienawiści spróbuj spojrzeć z innej strony. Zacznij od zauważenia, że w niej nie było pogardy. Bo nie było. Pogarda, to produkt komunistyczny. Już na samym początku autor pisze o komunistycznej ścianie, za którą dziś już nic nie widać. Stąd taki tendencyjny opis większości. Przeczytaj jeszcze raz i jeżeli jesteś w stanie, spróbuj znaleźć się tam a zobaczysz, że to nie warunki pruskie. Pozdrawiam

  6. kajtek
    | ID: 8aca61bf | #6

    Ja widze to tak,
    fragment mojej pracy;

    …………OJCZYŹNIE MIŁOŚĆ SERCU CIERPIENIE

    Charakterystyczną cechą współżycia dworu z ludem miejscowym, była postawa chłopów. Odwiecznym problemem pozostał antagonizm biedoty z bogatymi. Zgodnie z tradycją, we wsiach mieszanych, Ukraińcy mieszkali w osobnej części wioski. Wielu polskich chłopów, sprowadzili na Ukrainę, Zamojscy. Chłopi zachowali swoje nazwiska, ubiory, obyczaje. W większości, stosunki z dworem były dobre. Dwór, traktowany był przez chłopów, jako ostatnia deska ratunku w przypadku choroby, lub nagłych nieszczęść. Dwory najczęściej pomagały a spłata długu, była honorową powinnością chłopa. Darzyli polski dwór szacunkiem, odróżniając „pana” od rosyjskich nuworyszy, wobec których używano słowa „barin”, lub „zawołoka”. Nowobogackich właścicieli ziemskich, lud ukraiński, niezbyt szanował. Istniała chwiejna może, symbioza obopólna. Kresy, święte. Od stuleci, Polacy żyli w zbiorowisku wielonarodowościowym.
    ZBIORY J.RULIKOWSKIEJ i K.TYSZKIEWICZOWEJ – Pamiętnik Kijowski Londyn 1966. Arch. Jerzego Morgulca

    BAZA POLSKOŚCI – NIE TWIERDZA

    Rodzina Padlewskich, była powszechnie szanowana. Utrzymywała dobre kontakty z sąsiednimi dworami. Szczególnie przyjaźniono się z dworem w Nowofastowie, należącym do Tadeusza Bobrowskiego, szwagra Apollo Nałęcz Korzeniowskiego, ojca Conrada. Tadeusz Bobrowski, spiskował przeciw carowi. Jesienią 1861r., został aresztowany i skazany na zsyłkę do Wołogdy. Młodszy brat Tadeusza, Stefan, przyjaźnił się z Zygmuntem Padlewskim. Jak widzimy ziemia ukraińska, dała Polsce wielu godnych obywateli. Bóg każdemu z nas wyznaczył plan działania. Jakość żywota nam jest przynależna. Lecz posiadając wolną wolę możemy przetrwać niewolę. Lat setki przetrwały po świecie marzenia w żywotach. Miłość tętniła pragnieniem oddania z potrzebą bycia kochanym. Nic się nie zmienia. Ponad trudem zrozumienia duszy bliźniego, moc osiąga pragnienie ciągłości trwania rodziny. Świadomość jedności z rodem, poprzez dziesięciolecia, jest tak trwała, że pójdziemy nawet pieszo, do gniazd rodzinnych, do grobów naszych dziadów.
    Tu życie trwa nadal. Słyszymy ich szepty i krzyki. Śmiech radosny, krzyk nowo narodzonych i płacz tęsknoty dziewczyny do chłopca. Słychać śpiew babuni nad kolebką wnuka. To moc rodziny. To moc dająca przetrwać i Sybir i knuty.

    …Panie, pomnij na drzewa z prochów wyrosłe. Przez nie świat widzę, jakim był, jaki jest. Zmiana każda, cierpieniem jest wielkim. W gałązkach dębu i polnych kwiatów, rdzawe widzę barwy. Ciągła przemiana bieli i zieleni, jest również Twoją. ZA ZIEMIĘ, ZA DWORY I CHATY, CHŁOPSKIE POLNE KRZYŻE, PYŁEM ZASYPANE – modlę się Panie. Oto GOŚCIE Z DALEKIEGO KRAJU, otwierają myśli chowane głęboko. Oto pan niewidziany, lecz jakże to twarz znajoma, jakby była zawsze, dobytku pilnując, nieistniejącego. Oto pokłony bije nowe pokolenie, znające swój czas i dzieje, z dumki baby starej, grzejącej przy piecu zagonione myśli.. Kiedyś, pany polskie były, dając pracę i siedlisko. Zniknęli – pośród krwistego blasku… Jak mgła, wiatrem przegnani. Lecz czemu przetrwały zasypane kości, krzyżem przesłonięte. Czemu zostały ślady dworu, w cudzie przemienione w dzikie uroczyska. Jedność przybysza z chłopem osiadłym, znosi krzywd wieki, przez panów zrodzone. Los pana i chłopa w miłości do ziemi, jakże naturalny. Panie, w podzięce dobrocią jednaki, niech mgła zapomnienia uniesie krzywd tyle, ile unieść zdoła wspomnienie zaznanego Dobra. Swoje oddaję Tobie w posłudze Pamięci… Z.D. ” Modlitwa Kresowa”

    WIARA
    Jakże szybko płynie
    W wiecznym wirowaniu
    Nasze ŻYCIE.
    Ponad stosy ludzkich myśli,
    Ponad miłościwie wyciągnięte ręce,
    Unoszę wieczne i gorące słowa;
    Kocham Ciebie Panie.
    Ponad ludzkie miłosierdzie.
    Ponad cierpieniem wygaszone serce.
    z.d.

    Tu bracia Łazowscy, pochyleni nad zasypaną mogiłą przodka, nieśmiertelni wolą przetrwania rodowej tradycji. Tu grzechu pychy nie ma. Starta cierpieniem poległych w boju i zamordowanych, zamieniona została w miłość duszy wnuka. Życie codzienne przygasza miłość w trosce o byt. Nikt nie mówi o miłości do kraju, ubierając się i myjąc. Jest czas uśmiechu i zakochania. Jest czas obowiązku i beztroskiej zabawy. Życie zwyczajne. Lecz kiedy czas przyjdzie, staniemy znowu jako kamienie rzucane na szaniec. Dla Ojczyzny, której nie trzeba było odkrywać na nowo – bo miłość do niej – to prawo naturalne, wtopione w krew rodową bez możliwości oddzielenia tęsknoty do życia zwyczajnego z bólem i radością. Miłość tak zespolona przetrwa niszczącą zawieruchę dojrzewającego przecież nadal społeczeństwa. Istnienie nowoczesnego miasta, wymaga przemyślanych decyzji dla dobra mieszkańców. Jednak nie wszystko powinno być zmieniane, jeżeli stanowi zagrożenie dla trwałości istniejącego dorobku kultury materialnej Polski. Żal za utraconą ojczyzną i zmaganie naszych przodków z prześladowaniami caratu, jest niewspółmierna z naszymi czasami.
    Utrata klasy inteligenckiej, poczyniła szkody w rozwoju narodu. Tradycja narodowa, stała się utopią nielicznych Polaków. Wszystko zostało podporządkowane interesom Unii Europejskiej. Wmawia się nam, że odnieśliśmy sukces. Staliśmy się Europejczykami… Jest to wypadkowa niewiedzy i utraty tożsamości narodowej.
    Od tysiąca lat nie odeszliśmy od Europy. Mieliśmy władców Polski z naszej woli, pochodzących z innych krajów. Na przestrzeni wieków następowały koligacje rodów polskich z rodami europejskimi. Wiele rodów osiadło w Polskie na stałe, polonizując się. Walczyli i ginęli za wolność Polski. Polska nigdy nie odeszła od Europy.
    Sztuczne zjednoczenie narodów, jakie nastąpiło, nie uda się. Narody Europy są na różnym poziomie rozwoju duchowego. Jednak nie osiągnęły takiego, przy którym zanika pojęcie narodowości i zaczyna się porozumienie kreowane Duchem Świętym .
    Przed nami jeszcze długa droga przemian…………………….

    Kocham Kresy i Wypędzonych z Kresów…..

  7. | ID: 37a35284 | #7

    @Kajtek
    Bardzo dziękuję za uzupełnienie. Nie można jednak zapomnieć, że po II wojnie kresy przeniosły się na ziemie odzyskane. Kresy są wspomnieniem, a ziemie zachodnie i północne – realna rzeczywistością…
    R. Surmacz

  8. kajtek
    | ID: 9433d399 | #8

    I ja dziekuje.Ale Pamiętaj. Kilkaset lat mieszkania na Kresach nie da się zlikwidowac poprzez wypędzenia. Im więcej będzie upływał czas, tym nardziej będzie rosła Legenda i Tęsknota. I to obopólna. Profesor J.Łazowski często jest na Ukrainie i miejscowi dobrze go przyjmują. Tego nie da się zerwać. I nie ma takiej potrzeby.

  9. Jadwiga Chmielowska
Komentarze są zamknięte