Frankowicze albo efekt Balcerowicza

Autor Obywatelski

Czy umowy kredytowe, zwane popularnie „frankowymi”, są ważne? Dlaczego rząd PO-PSL milczał mimo jawnego łamania prawa? Czy za próbą wymuszenia ustawy mającej pomóc w spłacie „frankowych” kredytów stoi lobby bankowe?

Medialnie sprawa była przedstawiona prosto. Owładnięci rządzą zysku „sprytni” obywatele RP brali kredyty dewizowe skuszeni wyraźnie niższymi odsetkami. A teraz płaczą i żądają, by reszta pokryła ich zobowiązania.
Tymczasem prawda wydaje się zupełnie inna. Dopiero 25 stycznia 2009 roku zobowiązania w Polsce można określać innej walucie, niż złoty polski (PLN). Wcześniej obowiązujący art. 358 KC regulował w latach 1965–2009 tzw. zasadę walutowości, zgodnie z którą zobowiązania pieniężne na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej mogły być wyrażone tylko w pieniądzu polskim.

Zasada walutowości dotyczyła zarówno czynności prawnych, w szczególności umów, jak i czynności urzędowych, tj. orzeczeń sądowych i decyzji administracyjnych. Uzasadniano to tym, że znajdując zastosowanie do stosunków cywilnoprawnych, służyła realizacji celów o charakterze publicznoprawnym, w szczególności ochronie interesów ekonomicznych państwa i jego systemu monetarnego.

Uznawano jednak przy tym, że przepis art. 358 KC zawierał normę prawną o charakterze imperatywnym. W konsekwencji czynność prawną naruszającą wyrażony w niej zakaz należało uznać za nieważną – w całości lub odpowiedniej części (zob. art. 58 § 1 i 3 KC). Z kolei, z kolizyjnoprawnego punktu widzenia, dawny art. 358 § 1 KC zaliczano do tzw. przepisów wymuszających swoje zastosowanie (właściwość). W zakresie wyznaczonym łącznikiem „na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej” art. 358 § 1 KC znajdował zastosowanie niezależnie od tego, jakie prawo było właściwe dla danego zobowiązania.

Co to oznacza?

Przede wszystkim nieważność umów (w całości lub części) zawieranych z bankami przed 25 stycznia 2009 roku w których suma zobowiązania była wyrażona w innej walucie, niż polska. Takie umowy zawierał na pewno Bank Gospodarki Żywnościowej. Jeśli przyjąć, ze umowy są nieważne, strony umowy powinny zwrócić sobie to, co wzajemnie świadczyły. Czyli kredytobiorca oddaje złotówki, jakie faktycznie otrzymał.

To, co nadpłacił, zwrócić powinien bank. Jednak nie wszystkie umowy „walutowe” zawarte przed 25.01 2009 r. tak wyglądają. Większa część walutę szwajcarską uznaje jedynie jako przelicznik faktycznego zadłużenia. Umowy te nazywane są często „indeksowanymi” lub „waloryzowanymi”. Taki rodzaj określenia faktycznego zadłużenia kodeks cywilny dopuszcza od 1990 roku. Młodsi nie pamiętają, ale właśnie wtedy w Polsce szalała hiperinflacja. Ustawowe odsetki, sięgające nawet 40% w skali miesiąca, nie pokrywały rzeczywistej utraty wartości naszej waluty.

Wtedy właśnie znowelizowano Kodeks cywilny dodając art. 3581 § 2: strony mogą zastrzec w umowie, że wysokość świadczenia pieniężnego zostanie ustalona według innego niż pieniądz miernika wartości.

Ten inny miernik wartości oznacza, że można świadczenie wyliczać wg aktualnej ceny kwintala żyta, baryłki ropy naftowej, pół litra alkoholu 40% czy też innej waluty. Z tego właśnie rozwiązania skorzystały banki. Ale przecież art. 3581 § 2 kc został uchwalony na czas hiperinflacji, a w latach 2007-2016 czegoś takiego w Polsce dawno już nie było.  W lutym 2007 roku kurs euro wynosił 3,9010 zł, a dziesięć lat później 4,3221 zł. W ciągu 10 lat wzrost kursu wyniósł więc 10,8%.

Tylko frank szwajcarski (CHF) odbiegał od normy. W lutym 2007 roku za jednego franka trzeba było zapłacić 2,4082 zł, dziesięć lat później aż 4,0465 zł, czyli o 59,51%!

Prawie 6 razy więcej, niż kurs euro. Czy to właśnie jest ukryty powód „operacji Franek”? W tym czasie oprocentowanie kredytu w Szwajcarii bywało bowiem nawet ujemne!

c.d.n.
Humpty Dumpty, za www.3obieg.pl

oprac. W.S

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.